Kwi
20

W związku z niską frekwencją konkurs na blogera zostaje zamknięty. Zapraszamy jednak do kolejnych wpisów, uważamy, że są one na wysokim poziomie i należy je kontynuować. Być może pozwoli to w przyszłości na wznowienie Konkursu.

Przepraszamy!

Kwi
15

Tak to już uznano, że zwyczajni autorzy tworzą, podczas gdy Ci wybitni „darują” coś światu. W którejś z poprzednich dywagacji napomknąłem iż geniusz jest dobrym sposobem na wyidealizowanie swojej osoby i zapisanie się w historii samymi pozytywami, jakby nie miało się wad. Cała ta sprawa z „darowaniem”, jest niczym innym jak efektem owej idealizacji. Może niektórych zaskoczyć twierdzenie, iż wybitni pisarze również po prostu… no piszą. Siedzą wieloma godzinami, stawiają na papierowych karteczkach literki, kropeczki, przecinki, kreślą różne rzeczy. Czasem nawet popełniają błędy! A ile (tylko proszę nie mdleć) rękopisów zostało spalonych przez takich wybitnych, tego nikt nie zliczy.

Jednostki te są też wyłączone z personalnego postrzegania i oceny, a ich wizerunek funkcjonuje poniekąd w świadomości zbiorowej. Bo wiedząc więcej czy mniej o jakiejś wielkiej postaci i tak zwykle postrzegamy ją jedynie jako geniusza danej dziedziny. Próba przełamania zbiorowego poglądu bywa niekiedy wręcz groźna. Kto nie wierzy, niech w tłumie narodowców krzyknie „Piłsudski uzurpator”. To oczywiście wyniesienie sprawy do ekstremum, ale w pomniejszych sytuacjach zazwyczaj można liczyć chociaż na uznanie swojej osoby za głupca. „O gustach się nie dyskutuje… chyba że mówimy o pisarzu XYZ, wtedy istnieją jasno wytyczone gusta dobre i złe!”

Tak też na rzecz pozytywów, zapominamy o słabościach, o wadach, a wręcz cechach złych i podłych. Coś tam wynalazł? W takim razie nie ważne, że wyzyskiwał innych. Coś tam odkrył? W takim razie nie ważne, że był podłym człowiekiem. Wyciągnął kraj z kryzysu? No to nie ważne, ilu ludzi zabił po drodze. Mogłoby tu paść jeszcze wiele takich przykładów. Choćby taki Fiodor Dostojewski, który był podobno strasznym dupkiem. Nie tylko antypatycznym, niemiłym, nieświętym, nieprzyjaznym i ogólnie rzecz biorąc nieciekawym przy poznaniu człowiekiem, a osobą w dużej mierze pozbawioną dobroci. Każdy inny pisarz mógłby być wzorem moralnym, w porównaniu do Dostojewskiego. Jednak nie każdy pisał tak dobrze.

I jeśli jakość pisania przekłada się proporcjonalnie na poziom w jakim pisarza wyidealizujemy, w takim razie objawił się w nim Jezus Chrystus literatury, którego religia powinna zdominować świat.

Celowo nie wybrałem któregoś z wielkich dzieł Dostojewskiego, „Zbrodni i Kary”, czy „Braci Karamazow”, tylko pomniejsze – co nie znaczy, iż nieznaczące – „Opowieści Fantastyczne”. Plusem zajmowania się książkami kultowymi, powszechnie cenionymi i ogólnie esencjalnymi dla literatury, jest fakt, że nikogo nie trzeba namawiać do ich przeczytania, nikogo przekonywać, ani niczego w zasadzie nie trzeba robić, poza podaniem tytułu. Reszta zrobi się sama, w końcu to dzieło wielkiego pisarza. Umożliwia to zastosowanie najbardziej w świecie leniwego chwytu, którego to użyje za dwa zdania.

„Opowieści Fantastyczne” są zbiorem, opowiadań, o ile mi wiadomo dobranych przez samego autora. Mamy tu dzieła mało znane, ale i słynne, jak choćby w przypadku „Potulnej”. No cóż tu może paść innego, niż stwierdzenie, że te utwory to po prostu cały Dostojewski. Mamy tu wszystkie cechy charakterystyczne Rosjanina, we wszechstronnym wydaniu.

Z góry stwierdzę, iż ciężko będzie w tym przypadku o jakieś wady. Występują jedynie te, charakterystyczne dla formy jaką jest zbiór opowiadań. Mianowicie całość jest nierówna, a przeskoki jakości dość poważne. Jednak ciężko się temu dziwić, gdy książka zawiera zarówno teksty kilkudziesięcio stronnicowe, jak i te mieszczące się na zaledwie kilku kartkach. Do tego nierówność dotyczy nie tylko jakości, ale i treści. Dzieła humorystyczne mieszają się z tragicznymi, a w osobnych utworach nie daje to efektu tragikomedii. Wiadomo jednak, że każdy utwór został stworzony z myślą o pojedynczym odbiorze, toteż tak należy je konsumować.

„Fantastyczne” w nazwie, może mylić, gdyż nie mamy tu raczej do czynienia z fantastyką. Występuje za to coś, co dla Dostojewskiego bardzo charakterystyczne, czyli wyjątkowe postrzeganie świata. Autor nie opisuje rzeczy, które nie mogą się wydarzyć, lecz opisuje je w niewiarygodny sposób. Przelewa na papier więcej niż opisy zjawisk, przelewa wrażenia zamiast wydarzeń. Dzięki temu otrzymujemy mistyczny obraz, jak to można popularnie powiedzieć: „z pogranicza jawy i snu”. W tym wszystkim nie umyka jednak kolejna kluczowa cecha dla tego pisarza, czyli wyraźny realizm uderzający w łeb obuchem, bez upiększeń, a jednak pięknie. To właśnie – o dziwo zgodne – połączenie realnego z nierealnym, jest kluczowe dla owych utworów.

Jak zwykle nie będę się rozdrabniał do opisywania pojedynczych aspektów, ale za każdym razem gdy mowa o tym autorze, należy wspomnieć o kluczowej cesze jego pisarstwa, czyli o zagłębianiu się w psychikę postaci. Dostojewski to właśnie robi najlepiej. Przedstawia i analizuje w swoich utworach psychikę człowieka wrzuconego w określone realia, postawionego w określonej sytuacji. To właśnie za swoją literaturę psychologiczną, Rosjanin zyskał sławę. To ona zasługuje na największą uwagę i jest jego niedoścignionym atutem. Jak już wcześniej wspomniałem, czytamy nie opisy wydarzeń, emocji i myśli, a opisy wrażeń jakie one wywołują. W ten sposób powstają niesamowicie wiarygodne postaci, z którymi czytelnik jest bliżej, niż przy jakiejkolwiek innej formie narracji. Czytając Dostojewskiego nie obserwuje się przedstawionego świata, tylko doświadcza się go.

Zafascynowanie Fiodorem Dostojewskim chyba nikogo nie dziwi, w końcu kto nie uwielbia Dostojewskiego? O jego twórczości mógłbym prawić eseje, jednak staram się to utrzymać we względnie krótkiej formie. Przeciętny Polak i tak dostałby ataku paniki, na widok tylu literek. A więc podsumowując:

„Opowieści Fantastyczne” to wspaniały zbiór opowiadań, pełen humoru oraz tragizmu, realizmu i miraży, nierówny, acz w całości wybitnie napisany, pozwalający zagłębiać się w ludzką psychikę. Podarowany światu przez Fiodora Dostojewskiego, w którego przypadku gust ma się dobry albo zły.

Kwi
12

OSTRZEŻENIE: Autor recenzji nie jest pewny, czy napisał recenzję. Jest to raczej dywagacja na temat jednego, wybranego dzieła sztuki. Autor pomija przy tym wiele aspektów, wybierając jego zdaniem te najważniejsze.

Śmieszne rzeczy wynikają często z adaptacji, z przenoszenia książek na ekrany kin. Nie wywlekę tu dyskusji, czy adaptacje są dobre lub złe, gdyż to wielce bezsensowna dyskusja. Wszelkie problemy związane z tą kwestią, powinno rozwiązywać pierwsze przykazanie odbiorcy sztuki:

„Nie będziesz miał filmów cudzych przed lekturą, chyba, że nie chcesz czytać, to wtedy będziesz miał”.

Różnie to wychodziło z adaptacjami w historii. Niektóre przebijają na głowę swój pierwowzór, a inne są tak złe, że wywołują masową falę samobójstw wśród jego fanów. Niektóre obcinają część historii jak we „Władcy Pierścieni”, a inne bezprawnie coś dodają, jak w „Hobbicie”. Niektóre ożywiają pierwowzór, jak z „Fight Clubem”, a inne zakopują jego zbezczeszczone zwłoki pod ziemią tak głęboko, iż nawet broda Brada Pitta nic nie zdziała, jak w „World War Z”. Jedne trzymają się wiernie matczynego tekstu, kiedy inne dzielą z nim tylko tytuł.

Do tej ostatniej pary należy „Łowca Androidów”. Na podstawie książki, Ridley Scott nakręcił kultowy już film z Harrisonem Fordem. Wspaniałe dzieło kinematografii, którego jestem wiernym fanem i które to właśnie nakłoniło mnie do sięgnięcia po powieść. Jednak brnąc coraz głębiej przez jej karty, coraz częściej zaglądałem na okładkę, sprawdzając czy aby na pewno czytam tą historię, którą powinienem. Faktycznie, z filmem łączył ją jedynie tytuł i to w tym sensie, że wspólna jest obecność jakichś androidów i jakiegoś łowcy.

Nie wiem jakim cudem Philip K. Dick jeszcze za swojego życia zatwierdził to jako adaptację swojej pracy. Chyba wiele wspólnego musiał mieć z tym fakt, że był wariatem. Dodatkowo sprawa rozjaśniła mi się gdy usłyszałem, iż scenarzysta filmu nigdy nie przeczytał powieści, a jedynie – kto by się spodziewał – jej tytuł. Być może opowiedział mu tą historię ktoś, kto znał człowieka, który piętnaście lat wcześniej przeczytał streszczenie jej recenzji. Tak to właśnie sobie wyobrażam.

Przejdę do konkretów, gdyż jest późno w nocy, a mi chce się spać (w kontrze do tego, że bardzo nie chce mi się tego pisać).

Fabuła książki jest interesująca, choć nie wybitna. To po prostu porządny kawałek opowieści. Tym, co zasługuje na dokładniejszy wgląd jest wykreowany świat, futurystyczny i post-apokaliptyczny, niezwykle unikatowy w swoim funkcjonowaniu.

Pióro Dicka jest niepowalające, ale bardzo przyjemne. Znajdziemy tu sceny napisane niezwykle dobrze, jak i takie napisane zadziwiająco amatorsko. Duża część wątków jest rozpaczliwie nierozbudowana, a zdarzenia następują po sobie niekiedy tak szybko, iż w zasadzie nachodzą na siebie. Mimo wszystko jednak, choć bez zachwytów, powieść czyta się bardzo przyzwoicie.

Po raz kolejny rozwijam tylko to co ważne. W tym przypadku jest to filozofia książki. Jak to porządna fantastyka naukowa, kreuje ona pewne elementy po to, by wykorzystać je do przedstawienia idei. Dick tworzy sztucznego człowieka, aby rozprawiać nad naturą człowieczeństwa jako takiego. Niezwykle sprawnie operuje przy tym światem przedstawionym, za pomocą testów na człowieczeństwo, rozwiniętego wątku zwierząt, a także specyficznej religii.

Harmonia między konceptem a uniwersum jest cudowna. Niemalże każdy element, który zostaje opisany, odgrywa rolę w napędzaniu aspektu filozoficznego. Autor raczej nie stawia przy tym tez, a jedynie prowokuje czytelnika do własnych rozważań. Sprawdza się to wyśmienicie. Mamy tu zdecydowanie jeden z lepszych przykładów zastosowania takiej techniki.

Nie obywa się przy tym bez poważniejszych wad. Po lekturze nie jestem w stanie sam stwierdzić, czy cały ten efekt z nakłanianiem do rozmyślań, jest celowym zabiegiem, czy po prostu niekompetencją autora. W tej powieści widać, że o ile Dick miał wspaniałą wyobraźnię, o tyle słaby był z niego pisarz jako taki. Szczególnie naznacza się to u końca lektury, gdy historia rozmywa się i staje niejasna. Mimo iż takie pewnie było założenie, zostało one przeprowadzone nieprofesjonalnie. I nieprofesjonalność jest bardzo dobrym określeniem na tą książkę. Mamy tu dzieło stworzone przez nieco niepoczytalnego, zażywającego spore ilości wesołych substancji dziwaka i przekłada się to na jego zawartość. Może to być jednocześnie wada, jak i zaleta, zależnie od osobistych preferencji.

Kończąc:

„Łowca Androidów” to wyjątkowo nieprofesjonalna powieść, w wybitny sposób łącząca kreowanie świata i nakłanianie do filozoficznych rozważań.

Kwi
07

Sześć dywagacji minęło jak jeden dzień. Pomyślałem, że warto by zrobić małą odskocznie, powiedzieć kilka kontrowersyjnych rzeczy i zostać nabitym na pal, przez literackich konserwatystów. To ostatnie jestem ewentualnie skory zamienić na gilotynowanie. Tak czy siak, zabawę czas zacząć.

Poezja to wymierający gatunek. Nie grozi mu może całkowite wyginięcie, ale niedługo pewnie trafi na którąś z list WWE. Jestem niezwykle zadowolony z tego stanu rzeczy. Nie będę się zagłębiał w szczegóły, moja awersja do poezji byłaby tematem na osobną przemowę. Tak więc, w obecnych czasach proza zdecydowanie przejmuje prym, co cieszy mnie już niezmiernie (#Team_Proza). Nie uzurpuję sobie prawa do snucia wniosków skąd ta tendencja. Jest jednak pewna enklawa poezji, gdzie ta może się ukryć i bez konkurencji przeczekać wszelkie kataklizmy jakie czyhają na jej ugruntowane od wieków istnienie. Jest to spora i influencyjna kryjówka, z zaledwie lekkimi ograniczeniami formy. Tą oazą poetyckiego spokoju jest oczywiście muzyka. Nie widzę powodów, dla których tekst piosenki nie miałby być zaliczany w poczet poezji. A dziedzina muzyki, jak żadna inna potrzebuje czerpać z dwóch cech, którymi wielka część poezji się charakteryzuje. Z rytmiczności oraz krótkiej formy.

Pragnę uczynić małą przerwę i napomknąć, iż czuję się niekiedy obrońcą uciśnionych mediów sztuki. Jest pośród nich kilka takich rodzajów, które wciąż muszą walczyć o to, aby je przynajmniej sztuką nazwano. Bronią się przed tym wysokie, artystyczne, snobistyczne kręgi, uzurpujące dla siebie prawo do wydawania sądów w tej sprawie. I tak oto wśród dzieł (a wręcz nie boję się powiedzieć: arcydzieł), które chyba najbardziej poruszyły mnie spośród każdej sztuki jaką odbierałem, czołówkę trzyma kilka (o zgrozo, kobiety mdlejcie, mężczyźni sięgajcie po broń!) gier komputerowych. Za najwspanialszy i najpiękniejszy świat fantastyczny, z jakim miałem styczność, uważam jeden pochodzący z kreskówki emitowanej na czołowej stacji z bajkami dla dzieci.

A teraz uwaga, uwaga! Eksplozja nastąpi za trzy, dwa, jeden: jako muzykę ukrywającą cudownych poetów wśród swoich wykonawców, postrzegam hip-hop.

Przed oczami już pewnie mogą czytelnikowi majaczyć obrazy złotych łańcuchów, czarnoskórych mężczyzn w kabrioletach, na podskakującym zawieszeniu, oblepionych z każdej strony Paniami lekkich obyczajów. Do tego utwory poświęcone głównie wychwalaniu swoich zdolności w mało chwalebnych dziedzinach, wcześniej wspomnianym Paniom, pieniądzom, gangsterskiemu życiu, substancjom zakazanym i wielu innym rzeczom, z których żadna nie jest wysokich lotów.

Niestety, w myślach tych byłoby sporo racji. W przybliżeniu tak właśnie wygląda główny nurt tego gatunku, bijący rekordy popularności. Jedyne co mogę powiedzieć w takim wypadku, to fakt, iż nawet wśród klasycznej poezji powstawało z pewnością wiele pustych gniotów, lecz nie zostały one zwyczajnie zapamiętane. Mam nadzieje, że w tą samą czeluść niebytu spadną owe hity z list przebojów. Nie chcę zbytnio generalizować, więc napomknę, że w tym głównym nurcie także znajdują się zapewne utwory wartościowe, będące niestety rzadkością. Ale nie zamierzam teraz mówić o mainstreamie.

Hip-hop, to chyba gatunek tak skrajnie podzielony w muzyce jak żaden inny. Mamy tu absolutne, intelektualne dno (ciężko temu czasem zaprzeczyć), jak i zupełne przeciwieństwo, wysoką sztukę. Ta kryje się oczywiście w odłamie alternatywnym, być może małym skrawku całego gatunku, ale skrawku, który zasługuje na wszelką uwagę.

Scena indie hip-hopowa rozrosła się głównie w stanach zjednoczonych i nie rozlała na cały świat tak skutecznie jak jej komercyjna kuzynka. Powody są oczywiste i takie same jak dla wszelkiej alternatywnej muzyki, której wybitni wykonawcy z biedy zasuwają na kasach w supermarketach. Otóż ambitna sztuka, rzadko znaczy popularna.

Mówię o muzyce, a miałem o poezji. Przejdźmy więc do tego.

Lirycznie, mamy tu… no w zasadzie wszystko. Od sprytnej gry słownej Davida Meadsa, do chaotycznych, punkowych tekstów Stefona Alexandera. Mamy tu i polityczno-społeczną lirykę Andew Simsa, jak i wędrowniczo-awanturniczo-refleksyjną Charlesa Andrew Bothwella. Są uduchowione, a jednocześnie utkwione w realiźmie utwory Kyle’a Smitha. Są mentorskie słowa Paula Williama Francisa. Jest feministyczna, ale też uniwersalna poezja Margret Wander. Emocjonalna i poruszająca liryka Micheala Davida Larsena oraz mroczna i niepokojąca Cody’ego Fostera. Spokojne teksty Julio Francisco Ramosa, a także natchnione Joe Hortona. Są i tacy werbalni mistrzowie jak Ian Matthias Bavitz. Środowisko to opływa w talenty pisarskie, każdy z unikatowym stylem. Mógłbym wymienić jeszcze Christophera Kellera, Seana Michaela Daley’a, Roberta Smitha, czy Mike’a Marqueza, jaki i wielu innych

Celowo nadużyłem tu przymiotników, aby zobrazować różnorodność tych tekściarzy. To co widać w ich pisaniu, przekłada się także na graną muzykę. A tym już cechuje się alternatywa, że nie można jej zakwalifikować w zasadzie do niczego. Tak też alternatywny hip-hop, łączy się z głównym nurtem zaledwie pewnymi podobieństwami w wykonaniu, stylu wokalnym. Najlepiej opisał tą muzykę w odnośnie do siebie Charles Andrew Bothwell: „rap… i wszystko inne”.

Celowo wymieniłem twórców z imienia i nazwiska, a nie pseudonimów, pod którymi są znani (kolejno: Scroobius Pip, P.O.S, Sims, Astronautalis, Cecil Otter, Sage Francis, Dessa, Eyedea, Sadistik, Ceschi, Joe Horton to akurat Joe Horton, Aesop Rock, Kristoff Krane, Slug, Rob Sonic, Mike Mictlan), aby podkreślić ich charakter jako poetów, a nie muzyków.

Część z nich występuje także poetycko, bez muzycznej otoczki. A dla dowodów ich kunsztu, mogą przytoczyć przykład Iana Bavitza, którego określona ilość tekstów, została porównana do takiej samej objętości prac chociażby Williama Szekspira, wskazując iż liryka Bavitza posiada bardziej zróżnicowane i zaawansowane słownictwo.

Tekst, który napisałem, odbiega być może trochę od tematyki bloga. Uważam jednak, że wymienionym przeze mnie twórcom należy się pewne uhonorowanie. Takie, którego brakuje im ze względu na stereotypy dotyczące wykonywanego przez nich gatunku.

Kwi
05

OSTRZEŻENIE: Autor recenzji nie jest pewny, czy napisał recenzję. Jest to raczej dywagacja na temat jednego, wybranego dzieła sztuki. Autor pomija przy tym wiele aspektów, wybierając jego zdaniem te najważniejsze.

OSTRZEŻENIE V.2: Dywagacja, może zawierać spoilery.

Płacz i śmiech to dwaj bliscy kuzyni – teoretycznie – dwie skrajności. Jednak powiadają, że przeciwieństwa się przyciągają. Przynajmniej jeśli chodzi o magnetyzm i miłość, a od miłości do śmiechu i płaczu jest już bardzo niedaleko.
Tak oto można płakać ze śmiechu, choć gorzej jest już jeśli chodzi o śmiech z płaczu (acz zdarza się). Zmierzam do tego, iż te skrajne siły w rzeczywistości nie są takie oddalone, wręcz często wynikają jedna z drugiej. Przejdę do konkretów, nim przerodzi się to w pracę magisterską początkującego filozofa.
Tragedię i komedię oddzielili grecy murem wielkim, jak ten, którym oddzielono Izrael od Palestyny. Każdy powinien wiedzieć jak to działało, w końcu uczą tego w szkole. Jest smutna maseczka i wesoła maseczka, można ryczeć, albo rżeć. Artystyczny konserwatyzm.
Nie wiem jak długo w świecie wisiała ta żelazna kurtyna, nie jestem w końcu historykiem sztuki, a szczekającym, bezczelnym, aroganckim nastolatkiem, który uzurpuje sobie prawo do mówienia o czymkolwiek. Ale w końcu ludzkość dojrzała by w cudownej fuzji połączyć niepołączalne. I jakkolwiek to zrobiła, ostateczny efekt dla sztuki był piękny.
Po prostu piękny. Oto produkt reakcji tych dwóch skrajności. Okazuje się, że nic nie łączy się się tak dobrze jak płacz i śmiech (poza meczami i piwem). Gdyż te emocje wcale nie tłumią się nawzajem, tak jak można by pomyśleć, a wzmagają, potęgują w rezonansie. Oto siła tragikomedii, która manipuluje uczuciami lepiej niż cokolwiek innego. Ma swoje specjalne sztuczki. Bo jak najmocniej odczuć nieszczęście, jeśli nie wtedy, gdy wyłania się ono prosto z radości, wali się z bardzo wysoka? To samo tyczy się sytuacji przeciwnej. A już najbardziej wykwintną z tych sztuczek jest sprawienie, aby smutek i szczęście objawiły się odbiorcy jednocześnie, aby nie mógł poczuć jednoznacznie, aby był skołowany, sam nie wiedział co czuje i stracił kontrolę, a co za tym idzie, kompletnie zatracił się w dziele. Tragikomedia jest najwspanialszą formą gry na emocjach.
Jako najlepszy przykład tego, czym jest tragikomedia, odesłałbym wszystkich do filmu „Przypadek Harolda Cricka” („Stranger Than Fiction” w oryginale). Ale mówię o literaturze, a konkretniej o „Rzeźni Numer Pięć”, pióra Kurta Vonneguta. Dziele, która nie jest podręcznikowym przykładem gatunku, jednak na pewno spełnia wymagania. Autor skupia się tu jednak przede wszystkim nad łączeniem skrajności, jakimi są poważne i niepoważne.
Trzeba zacząć od tego, że Vonnegut, jako młody chłopak w szeregach amerykańskiej armii, walczył na froncie europejskim. Tam, już jako jeniec, był świadkiem jednej z największych (albo i największej) zbrodni wojennej, której dopuściły się siły aliantów. Tym wydarzeniem było bombardowanie Drezna. Jako pisarz, Vonnegut doświadczał silnej presji by opisać swoje doświadczenia z wojny i masakry dreźnieńskiej . Efektem, tego jest „Rzeźnia Numer Pięć, Czyli Krucjata Dziecięca, Czyli Obowiązkowy Taniec Ze Śmiercią”.
Nie zrobię dla tej powieści podziału na pisarstwo, fabułę i koncept. Gdyż w tym przypadku wszystko wynika z siebie nawzajem.
Nie jest to typowa opowieść o wojnie. Nie ma tu heroizmu, nie ma żadnej formy patosu, wyniosłości i szlachetności. Nie ma nawet żołnierzy, zamiast nich są dzieci w mundurach. Więc co tu właściwie jest? Absurd i bezsens.
Bo oto są kluczowe wnioski tej książki o wojnie. Absurd i bezsens. Być może wielu się oburzy, ale tak dobrego opisu wojny jeszcze nie widziałem. Gdyż co można pomyśleć, gdy wychodzi się z piwnicy rzeźni do ruin całkowicie cywilnego miasta, otoczony przez trupy kilkudziesięciu tysięcy ludzi, wraz z wychudzoną bandą dzieciaków w łachmanach, zbombardowany przez armię, której się służy, wśród absolutnej ciszy po masakrze, gdzie jedynie ptaki odzywają się jeszcze, pytając ciebie „It-it?”
Nie ma tu kultu bohaterstwa, czynienia z wojny czegoś wielkiego. Jest jedynie wytknięcie bezsensu tego wszystkiego. I to jest właśnie największa mądrość, jaką można było powiedzieć.
Powieść wychodzi jednak poza wojnę i przedstawia pewnego rodzaju fatalistyczne podejście do samego życia. Najlepszym jego streszczeniem są kluczowe słowa, ciągle zapętlające się w dziele. Najprostsze, najłatwiejsze i najbardziej dobitne. Nigdy nie sądziłem, że tak niepozorne dwa wyrazy mogą wywrzeć równie potężne wrażenie, jak wywarły na mnie.
„Zdarza się.”
Tej filozofii, bezsensowi i absurdowi, podporządkowana jest fabuła powieści. Przeskakująca chaotycznie między wojną, życiem okulisty, a porwaniem przez kosmitów, postrzegających świat w czterech wymiarach, poza czasem. Trzeba przyznać, że fabuła doprawdy niezwykła.
Tak samo dzieje się ze stylem pisarskim. Jest lekki i przyjemny, brnie się przez niego niczym przez łagodny, leśny strumyczek wiosną, zasłany zwłokami i spływający krwią.
Muszę przyznać, że nie obyło się bez wad. Po skończeniu książki czułem się… no zwyczajnie. Niewstrząśnięty, niezdruzgotany, niewzruszony. Jednak wszystko przyszło z czasem, gdy zacząłem układać ów bałagan w głowie. Aż doszło do tego, iż w końcu zachwyciłem się tą powieścią, jak mało którą inną.
Mógłbym zagłębiać się w każdy aspekt książki, jednak warto to zrobić samemu. Ten wyjątkowy przebłysk w światowej literaturze każdy powinien chwycić w dłonie, nieważne, czy jest fanem czarnego humoru. Podsumuję więc:
„Rzeźnia Numer Pięć” jest niezwykłą, opartą na faktach komedią, pełną tragedii, zbudowaną na absurdzie i filozofii „zdarza się”. Najlepszym opisem wojny, z jakim miałem styczność.

Kwi
04

Jako, że Jonasz Kofta to moim zdaniem fenomenalny polski poeta, dramaturg a także satyryk, postanowiłam ponownie sięgnąć po jedno z jego dzieł. Tym razem jest to wiersz, w którym w kilku prostych słowach autor podjął najtrudniejszy i najbardziej skomplikowany temat. Nie ma nic bardziej skomplikowanego niż miłość. Niby taka zwyczajna, niby powszechna i banalna. Uniwersalny temat niezależnie od czasów. Niestety, od zawsze jest źródłem tych najbardziej intensywnych emocji, o których istnieniu nie mieliśmy przed poznaniem jej pojęcia. Właśnie takie uczucia niesie ze sobą wiersz „Już tylko się znamy”. Utwór przedstawia historię ludzi, którzy z pewnością kiedyś dużo dla siebie znaczyli. Było im do siebie ‚bliżej niż blisko’. Najwidoczniej pewna sytuacja sprawiła, że ich drogi się rozeszły. Po pewnym czasie, być może przez przypadek znowu się spotkali. Niezwykle ważne jest tu pierwsze wrażenie – wspomnienie spojrzeń, uśmiechów, dotyków i wspólnie spędzonych chwil. Dopiero po chwili, zderzenie z rzeczywistością pomogło zdać im sobie sprawę z tego, że nic już nie jest takie jak wcześniej. Spojrzenia spłowiały, uśmiech zrobił się dziwny, a dłonie chłodne. Z najbliższych sobie osób stali się zupełnie obcymi. Wszelkie uczucia i chwile uniesień chociaż nie poszły w zapomnienie, straciły na znaczeniu. Już nigdy nic nie będzie takie samo. Każdy z bohaterów na własny sposób przeżył tą tragedię. Któregoś rana musieli obudzić się ze świadomością, że zostali sami. Z pewnością zbili przez to niejedną szklankę, i wypłakali niejedną łzę. Minęły lata, zimy, a dziura w sercu jaka towarzyszyła stracie w końcu się zasklepiła. Teraz jedyne co po sobie mają to strzępki wspomnień, cień ulotnych chwil. Ich uczucia w końcu wyblakły i jedyne co po nich zostało to niepoprawny sentyment. Kiedyś dużo dla siebie znaczyli. A może całkiem niedawno. Dzisiaj tylko się znają, nic więcej.
Znajome, prawda?

Mar
31

OSTRZEŻENIE: Autor recenzji nie jest pewny, czy napisał recenzję. Jest to raczej dywagacja na temat jednego, wybranego dzieła sztuki. Autor pomija przy tym wiele aspektów, wybierając jego zdaniem te najważniejsze.

Dobrze jest wiedzieć, kim się jest. Oto kolejna, rewolucyjna prawda jaką tu prezentuję, która może zmienić czyjeś życie. Powtórzę, aby wypowiedź była podwójnie mądra: dobrze jest wiedzieć, kim się jest. Korzyścią są niezliczone. Można chociażby się komuś przedstawić, przywitać się z lustrem, albo kandydować do sejmu. Inną zaletą jest też to, że samoświadomość pozwala być konsekwentnym.
Konsekwencja to jedna z tych cech, która wynoszona jest na piedestały. Całkiem słusznie swoją drogą, to bardzo szlachetna cecha, obecna zwykle u ludzi wybitnych. Dobrze być konsekwentnym. Można w ten sposób spełnić marzenia, wspiąć się na Mount Everest, czy dostać się do sejmu. Zdarza się też, że ktoś konsekwentny zostanie geniuszem.
Ludowa mądrość mówi, że geniusz leży w prostocie (mogło też chodzić o piękno, ale kogo to obchodzi, to ja tu prowadzę dyktat). Choć ciężko powiedzieć, że dopracowanie teorii względności przez ulubionego geniusza ludzkości Alberta, było czymś genialnie prostym, o tyle kilka takich rzeczy/osób by się znalazło. Myślę, że nie trzeba wspominać, iż bycie geniuszem to także fajna sprawa. Można w ten sposób zapisać się na kartach historii, zapewnić sobie pośmiertne pomniki i nazwy ulic, albo trzymać się z daleka od sejmu.
Tak oto przedstawiłem swoje trzy tezy i przybiłem je do drzwi tego wirtualnego kościoła. Trzy cechy jakie tu zaprezentowałem, razem zmieszane z pewnością mogłyby wydać na świat cudowny rezultat, od nietuzinkowego do wręcz nieśmiertelnego.
Nie wiem, czy Orwell był samoświadomy, konsekwentny i genialny, nie zdążyłem go poznać. Wiem za to, że „Folwark Zwierzęcy” jest takim bezsprzecznie. Do tego jak czas pokazał, jest o wiele bardziej nieśmiertelny niż jego nieżyjący autor.
Eric Arthur Blair, tworzący pod pseudonimem George Orwell, był wielkim fanem socjalizmu. Na tyle wielkim, że poświęcił mu dwa swoje największe dzieła, jedno z których pływając po tematach próbuję dziś omówić. Do tego zrobił to w nietuzinkowy sposób, który swój początek ma w wioskowym chłopcu, batem poganiającym krowę (czy też inne niewinne żyjątko). Ten zauważony obrazek, uzmysłowił Georgowi, że relacja człowiek-zwierzę, swoim wyzyskiem bardzo dobrze odzwierciedla relację bogaty-biedny. W połączeniu z miłością do socjalizmu dało to jedną z najwspanialszych alegorii we współczesnej literaturze, a już na pewno najwspanialszą satyrę na przebieg rewolucji bolszewickiej.
„Folwark Zwierzęcy” przedstawia historię farmy/Rosji wyzwalającej się spod okrutnej tyranii człowieka/caratu. Aby uniknąć dalszego stosowania ukośnika, od razu powiem, że powieść przedstawia w ten sposób niemal każdy aspekt rewolucji. Jest wręcz jej translacją na język fabularny. I nie mogę wyzbyć się zachwytu, dla dokładności oraz geniuszu tego zabiegu. Dostaniemy tu wszystko, od alegorii ideałów, zdarzeń, ogółu społeczeństwa, przez konkretne postacie Stalina i Trockiego do fuzji person takich jak Marks, Engels i Lenin w jedno. Ostatecznie powstaje powieść wyjątkowa, konkretnie odnosząca się do konkretnej historii, ale jednocześnie analizująca ludzką naturę i zawierającą ostrzeżenie przed każdą formą totalitaryzmu.
Trzy zaprezentowane przeze mnie tezy są tu idealnie wprowadzone w życie. Książka z założenia jest prosta, a wręcz prowadzona jak bajka dla dzieci (na pierwszym jej wydaniu widniał nawet napis „fairy story”). Samoświadoma tego czym jest i powinna być, konsekwentnie ciągnie swój koncept aż do końca, bez niepotrzebnych odskoczni. Wskazuje na to nie tylko prosta proza, ale też niewielka długość, dzięki której opowieść trzyma się konkretów i nie rozwadnia się. Uproszczenia te nie przeszkadzają w lekturze, ani w rozkoszowaniu się ewidentnym kunsztem Orwella. Czyta się świetnie (osobiście pochłonąłem całość za jednym razem), z pożywką dla duszy, ale przede wszystkim dla umysłu. A co najważniejsze, w swojej prostocie powieść osiąga ów geniusz.
Tak jak wcześniej porównałem „Jądro Ciemności” do „Komu Bije Dzwon”, muszę teraz przyrównać je obydwie do „Folwarku Zwierzęcego”. Jest on we wszystkim absolutnie poprawny, podobnie do książki Hemingwaya, a przeciwnie do tej Conrada, jednak tak jak ona ma w sobie TO COŚ, geniusz, którego zabrakło pierwszemu dziełu.
Jak do tej pory nie zdarzyło mi się podejść do niczego równie bezkrytycznie, jednak Orwell wypracował to sobie. Jest jednym z niewielu artystów, którzy cieszą się w moich oczach (jak do tej pory) stu procentowym uznaniem. Brawa dla niego.
Czas na tradycyjne podsumowanie.
„Folwark Zwierzęcy” to samoświadoma w swojej formie, konsekwentna w koncepcie, bezbłędna i w prostocie genialna powieść alegoryczna.

Mar
29

OSTRZEŻENIE: Autor recenzji nie jest pewny, czy napisał recenzję. Jest to raczej dywagacja na temat jednego, wybranego dzieła sztuki. Autor pomija przy tym wiele aspektów, wybierając jego zdaniem te najważniejsze.

Wiele się mówi o zrobieniu czegoś z niczego. To zrozumiałe, takie cudowne slogany sprzedają się nieźle, jak nagłówki artykułów na portalach internetowych: „Specjaliści mówią: nadciąga koniec cywilizacji…”, „Pomarańcze leczą raka.”, „Zrzuć 50 kg w tydzień!”; Tak, na coś takiego zawsze jest popyt. Gorzej już z upłynnieniem towaru, jakim jest zrobienie niczego z czegoś. To także jest całkiem zrozumiałe, jako że łatwo osiągalne, a podaż jest duża. Wystarczy zwykle trochę polityki, materiałów wybuchowych, albo polskiej szlachty. Lecz mimo wszystko uważam, że warto się temu przyjrzeć.
Chwytając „Mistrza i Małgorzatę”, myślałem sobie: to musi być coś! Tył okładki z podnieceniem nakrzyczał na mnie: „…uznana za najważniejszą powieść XX w…”! Łał! Och! Ach! Ech! Dajcie mi tu epicką muzykę, dajcie eksplozje i samoloty z napalmem! Cóż za spektakularność! To reklama, której nie powstydziłaby się Ameryka! Tak właśnie wymiotowałem ironią, mając nie najlepsze przeczucia.
Jakież było moje zdziwienie, gdy otwierając książkę znalazłem… COŚ. Faktyczne, niezaprzeczalne, fizyczne i duchowe, literackie coś.
W tym miejscu powinienem zaznaczyć, że ta dywagacja, będzie prawdopodobnie zawierać największe zło tego świata, czyli spoilery. Ukryjcie swoje dzieci, zabarykadujcie okna i przeczytajcie tą książkę. Albo nie czytajcie ani książki, ani tego co właśnie piszę i żyjcie spokojnie w niewiedzy.
Zaczęło się fenomenalnie. Doprawdy, byłem zachwycony! Wspaniała, absurdalnie-ironiczna narracja, intrygująca tajemniczość wciągająca od pierwszych stron, klimat, ciekawe postacie… i ten Jezus! No COŚ cudownego! Bułhakow pisał wyśmienicie. Wessałem się i w kilka godzin pod rząd przeczytałem dwieście stron, 2/5 powieści. Nie miałem żadnych zastrzeżeń co do niej. Nieco zmartwiła mnie ilość rozpoczętych wątków i wprowadzonych postaci. Także fakt, że dopiero po tych dwustu stronach pojawił się jakiś ślad związany z tytułem. Ale byłem pewien, że tak umiejętny pisarz bez problemu rozwiąże to wyśmienicie. Gdybym nie skończył czytać tak późno w nocy, będąc potwornie zmęczonym, postawiłbym jeszcze tego dnia Michaiłowi Bułhakowowi kapliczkę z ołtarzem. Zasypiałem z myślą: „Co dalej… co dalej… co dalej…”
Jak dobrze, że wstrzymałem się z kultem.
Następnego dnia zabrałem się do czytania gdy tylko nadarzyła się okazja. Skończyłem pierwszą cześć/połowę książki, zabrałem się do drugiej. Pierwszy rozdział: Małgorzata. O tak, teraz wszystko zacznie się rozwiązywać, sens tak mistrzowsko tkanej opowieści odsłoni przede mną swoje arkany.
I pojawił się problem. Pierwszy, okrutny, wstrętny, bezwstydny, heretycki problem. Można go streścić następująco: „Mistrz i Małgorzata” jest wyśmienitą powieścią, dopóki nie staje się „Mistrzem i Małgorzatą”.
Jak już wspomniałem, przez dłuższy czas opowieść nie wspomina zupełnie nic o tytułowym wątku. Historia snuta przez pierwszą część jest wspaniała, jednak niepełna i ewidentnie zmierzająca do rozwiązania się w części drugiej.
Słyszałem gdzieś, że Bułhakow spalił pierwotną wersję „Mistrza i Małgorzaty”. I momentami mam niemal wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby tą drugą połowę spalił ponownie. Otóż w owym kluczowym momencie coś się zmienia. Technika pisarska słabnie, zmieniając się gdzieś w trakcie w zalew nużących, nieciekawych i słabych opisów. Interesujące postacie praktycznie znikają i zostają zastąpione – o zgrozo – Małgorzatą. Najgorzej wykreowaną, irytującą bohaterką, z jaką miałem do czynienia od dłuższego czasu. Do tej pory gdy słyszę to imię, naprzemiennie dostaję ataków rozpaczy i gniewu. Wraz z pojawieniem się owej szczebiotki, narracja przeinacza się też w słabą, przebajerzoną, niewciągającą bajeczkę.
I ta historia… Można było już tylko postawić jej znicz. Intrygująca, oryginalna fabuła, została przepoczwarzona w opowiastkę o miłości tak nieprzekonującej, absurdalnej (teraz już w tym złym znaczeniu) i nieciekawej, że powinno się za coś takiego nakładać kary ciężkich robót. Tego dnia również przeczytałem dwieście stron. Jednak nie dlatego, że byłem tak wessany, tylko w jakiejś rozpaczliwej nadziei, że to się jeszcze naprawi, że to tylko taki krótki, gorszy moment.
Nie doczekałem się tego.
Najgorszym występkiem drugiej części, nie była jednak ona sama. Ona sama była po prostu słaba, a obiektywnie patrzą miała nawet kilka dobrych momentów. Lecz niewybaczalną zbrodnią było to, co zrobiła ona z pierwszą częścią. Cały balon ekscytacji narastający od początku powieści, tak wspaniały i wciągający, flaczeje w kilka chwil. Wątki nie są rozwiązywane, są odprawiane od niechcenia jak skinieniem ręki. Po co było to całe zamieszanie? Ano tak po prostu, bo ten gość tak chciał. A co te dziwne persony mają na celu? Ano nic, tak po prostu zaszły tu po drodze. A dlaczego akurat to mieszkanie? Ano tak po prostu, czemu by nie. A dokąd zmierzał wątek tej postaci? Ano tak po prostu, tam dokąd dotarł. Jedynie owa potwornie zła, historia tytułowa została wyprowadzona w pełni, od początku do końca. Ta jedna, którą autor powinien pominąć i całkowicie wymazać ze świadomości, dla dobra świata.
To co dzieje się z pojedynczymi wątkami, dzieje się również z całym filarem powieści. Bo o czym ona jest? Domyślić się mogę, że miała być opowieścią o dobrze i źle oraz łączącej ich, skomplikowanej relacji. To też pewnie mówi się o „Mistrzu i Małgorzacie” w szkołach. Lecz co naprawdę Bułhakow zrobił, aby to przekazać? Wkleił cytat z „Fausta” na pierwszej karcie i dał jeden, krótki monolog w usta bohatera pod koniec. Poza tym rozrysował postacie, które to były trochę złe, ale też trochę dobre. Czy to naprawdę wystarczy? Czy tak osiąga się status najważniejszej powieści wieku? Temat był poruszony tak płytko, że w zasadzie w ogóle. Należałoby może dodać, że książka jest też satyrą na otaczające pisarza realia. Jednak owa satyra nie wyróżnia się wcale niczym wybitnym. Jeśli zaoferujesz komuś drogocenne przedmioty za darmo, to się na nie rzuci – podobnie przenikliwe diagnozy stawia autor. Poza tym ów motyw powieści jest tak przepełniony ewidentnie osobistymi afektami Bułhakowa (choćby do krytyków), że staje się w zasadzie bezwartościowy.
Oto dochodzę do wniosku, że w rzeczywistości książce nie udaje się być, tym czym chciała. W rzeczywistości jest to książka o niczym.
Ach, co to za nieszczęście! Aż szkoda słów. Szkoda mojego smutku, rozpaczy, gniewu i łez. Poddaję się.
Być może kryje się jednak za tym nieszczęściem szersza historia, jak by nie patrzeć tragiczna. Bułhakow zmarł, w zasadzie nie dokańczając „Mistrza i Małgorzaty”. Będąc świadomym zbliżającej się śmierci, w chorobie, przez ostatnie miesiące życia, wciąż dyktował poprawki do powieści i nigdy nie osiągnął zadowalającego go rezultatu. Lecz, jakkolwiek to przykre, czy można w związku z tym folgować książce? Nie sądzę, nie „najważniejszej powieści dwudziestego wieku”.
Podsumowując:
„Mistrz i Małgorzata” to książka bardzo podzielona, a konkretnie na dwie połowy: tą dobrą i tą złą. Mimo wyśmienitej pierwszej części, rujnowana jest całkowicie przez część drugą. A autorowi w ten sposób udaje się z CZEGOŚ zrobić NIC.

Mar
29

Dawno, dawno temu,
Za górami, za lasami,
Mieszkała księżniczka Ida
Z rodzicami.

Ogniste włosy miała,
Więc wszystkich czarowała.
Oczy niebieskie posiadała,
A życie królewskie kochała.

Szczęśliwą osóbką była,
No i pięknie się bawiła.
Z ptaszkami śpiewała,
W rytm muzyki tancowała.

Jednak nie zawsze pięknie bywało,
Czasami też gorzej być musiało.
Ida zawsze dzielna była
I o pokój w świecie walczyła.

Kiedy smok przybył do królestwa
I bałaganu narobić chciał,
Księżniczka walczyć z nim musiała
I honory zdobywała.

Raz, będąc w parku
I nucąc pieśń o krasnalku,
Pięknego i zacnego księcia ujrzała
I gdy kwiatka dostała- wnet się zakochała!

Król kochał swą córeczkę
I prędko posłał po chusteczkę.
Królowa wzruszona była,
Więc morze łez zostawiła.

Lecz wszystko dobrze się skończyło,
Nawet i wesele było!
Ida królową została
I o swych poddanych dbała.

Mar
24

OSTRZEŻENIE: Autor recenzji nie jest pewny, czy napisał recenzję. Jest to raczej dywagacja na temat jednego, wybranego dzieła sztuki. Autor pomija przy tym wiele aspektów, wybierając jego zdaniem te najważniejsze.

Czy poprawność może być grzechem?
Może nie grzechem, chyba nie ma w piekle kręgu dla ludzi poprawnych. Przynajmniej nie było, kiedy ostatni raz sprawdzałem. Ale poprawność zdecydowanie może być pewnym rodzajem ujmy. Bardzo specyficzną, dziwną i być może niezrozumiałą wadą. Gdyż co może być wadliwe, w przypadku, gdy wszystko jest wykonane poprawnie?
Popełnienie błędu bezbłędności, to wyższy poziom wtajemniczenia, który niewielu daje radę osiągnąć. Sprawa wydaje się dość oczywista. Aby coś popsuć, najłatwiej jest to po prostu schrzanić, a nie bawić się w drogę na około. Lecz zdarzają się burżuazyjni bezwstydnicy, podejmujący się owej gry.
Kiedy to się dzieje? Gdy obiektywnie obserwując powieść (bo poruszamy się wyłącznie po terenie literatury) nie potrafimy jej nic zarzucić. Wszystko się zgadza, wszystko się kalkuluje i ogólnie mamy stan idealny. No ale właśnie… Czy idealny? Bo jak bardzo byśmy się nie starali, jak byśmy nie próbowali, nie możemy zdobyć się na to aby wręczyć dziełu złoty laur konsumenta. Odczuwamy niezrozumiały brak, jakąś fantomową cechę, której nie możemy się doszukać, mimo że nie wiemy dokładnie czego mielibyśmy w ogóle poszukiwać. Ach, jakież to może być frustrujące! Jest to krytykanckie błądzenie po omacku, do którego zmuszają niektórzy twórcy. Co sprytniejsi mogli się już domyślić, że jednym z nich jest Pan Hemingway. Do tych osób wędruje dziś nagroda główna.
„Komu Bije Dzwon”, to opowieść o wojnie domowej, która dotknęła Hiszpanię w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Myślę, że wyjątkowo wiarygodna, gdyż sam Ernest Hemingway był jej naocznym świadkiem. Opisując zdarzenia, stawia na absolutny realizm oraz dbałość o szczegóły. Można więc uznać tą książkę, za pewien rodzaj relacji, fabularnego reportażu. Historia opowiadana przez autora jest jak najbardziej przekonująca, a jednocześnie nie zanudza i potrafi wciągnąć. Dużym plusem są postacie, w więź z którymi pisarz skutecznie manipuluje odbiorcę.
Pisarstwo Hemingwaya jest na wysokim poziomie i sprawdza się wyśmienicie. Przez całość zachowuje tą charakterystyczną prozaiczną neutralność, gdzie emocje i lśniące epitety, nie przelewają się, ale są używane z rozsądkiem i umiarem. Przez to nie jest specjalnie wybitne, nie poraża, lecz dzięki temu zapewnia wspaniałą immersję. Choć ma również momenty, takie, w których osiąga szczyt i zdecydowanie uderza w czytelnika. Szczególnie w ostatnich kartach, które są najmocniejszą stroną książki i filarem doznania jakie ona zapewnia.
Chyba naprawdę wybredny oraz niewdzięczny ze mnie typ. Dostałem dobrze napisanych pięćset stron, przez które przebrnąłem z przyjemnością. Dostałem postacie, z którymi nawiązałem emocjonalną więź. Dostałem wspaniałe odzwierciedlenie pewnych realiów i kultury. Dostałem ciekawą historię, w zasadzie bez wad (może poza nieco absurdalnym wątkiem miłosnym, który jednak mimo wszystko broni się u końca powieści). Czego chcieć więcej? A mi wciąż czegoś brakuje. A nazwać mogę to jedynie TYM CZYMŚ.
Omawianej powieści brakuje TEGO CZEGOŚ, co porusza dogłębnie, co nie pozwala o sobie zapomnieć: elementu geniuszu. Niewątpliwie mamy do czynienia z dziełem nieprzeciętnym, ale czy wybitnym? Oto jest ów złoty laur, którego nie potrafię nadać tej książce.
Ile jest dzieł, które popełniają błąd za błędem, a mimo to mają w sobie TO COŚ, które decyduje a całym ich odbiorze i wynosi w czytelniczy raj? To te utwory zostawiają po sobie trwały ślad, w świecie i w ludziach. Choćby opisywane poprzednio „Jądro Ciemności”, tak wspaniałe mimo niedoskonałości. W moim odczuciu powieść Hemingwaya jest jego dokładnym przeciwieństwem.
Nie wiem co musiałby zrobić autor aby to zmienić, co dokładnie musiałby dodać. Nie śmiem niczego sugerować. Ale bezsprzecznie mogła to być książka o wiele większego formatu. W świecie sztuki najwięcej osiągają chyba Ci ryzykanci, którzy wybierają pokrętną i ryzykowną drogę przez błędy, ale i uniesienia.
Jaki to niesprawiedliwy świat, może pomyśleć sobie Ernest zza grobu. Lecz na pewno nie mógłby dodać, że zabrakło mu uznania od ogółu ludzkości. Mało jest tak powszechnie znanych autorów, którzy równie trwale wpisali się w historię literatury.
Czas więc na słowa zakończenia.
„Komu Bije Dzwon” to bliska doskonałości powieść, która pozostawia jednak spory niedosyt. Nie popełniająca błędów, ale równocześnie nie osiągająca poziomu wybitnego. Winna jest grzechu poprawności.